niedziela, 4 czerwca 2017

Dzieje się tyle ile jesteśmy w stanie unieść. 
Wydawało mi się, że złapałam wszystko za mordę i mam pełną kontrolę nad sobą. Jestem siłaczką właśnie w tych wszystkich kryzysach i niedoskonałościach, wtedy mam największą wiarę i wole walki. Nie jestem w stanie opisać ile razy wątpię w sens swojego życia, potykam się i nie umiem płakać, patrzę w lustro i widzę osobę, której nie lubię i nie umiem pokochać. 
Ostatnio mam taki czas, że nie umiem poradzić sobie z obecnością samej siebie, słuchaniem własnego głosu, swoich przemyśleń... Ciągle włącza mi się niezdrowy krytykant, który wytyka, opluwa wewnętrzne dziecko, zamiast je przytulić, otulić i wyjaśnić, że to wszystko minie i nie można brać do siebie tego, co mówi ta suka... Czekam, przeczekuje, mówię sobie, że wszystko co dobre znajdzie żyną glębę i zakorzeni się w spokoju. Jeśli ktoś mnie zapyta, jaką najcięższą pracę wykonywałam w swoim życiu, to zdecydowanie odpowiem, że pracę nad sobą. Nikt nie jest w stanie zobaczyć potęgi umysłu, zaburzeń, schematów, z których człowiek próbuje się wydostać, jeśli sam się kiedyś nie potknął i psychicznie nie uderzył gębą i beton, jeśli kiedyś sam nie stracił wszystkiego, a przede wszystkim siebie. Trudno jest wstać otrzepać się i zaleczać te wszystkie strupy. Ale wiecie co? Jestem cholernie uparta, jak się czegoś uprę, to nie ma silniejszych ode mnie, by mnie od tego odciągnąć, dlatego wiem, że niezależnie ile czasu poświęcę na to "wszystko", to nigdy nie będzie to czas stracony. Terapia przynosi takie rezultaty, że po prostu mówię WARTO o siebie się bić. 

niedziela, 19 marca 2017

Nie byłam gotowa, żeby wcześniej cokolwiek tutaj napisać. Potrzebowałam czasu, żeby się ze sobą porozumieć, żeby dojść do siebie po wydarzeniach, które bardzo wiele zmieniły w moim życiu. Otarłam się z tzw śmiercią i strachem o własne życie, co w rezultacie dało dużą dawkę traumy (kolejna do kolekcji), z którą przychodzi mi się mierzyć. Ale dało mi też to niesamowitą energię, siłę do walki i muszę otwarcie przyznać, że niesamowicie poszłam do przodu z własnym rozwojem i poznawaniem siebie. Jest to jakiś rodzaj przemiany i przejścia w kolejny ważny etap życia... Cierpię, a jednocześnie jestem szczęśliwa i pracuję nad sobą, płaczę, ale nie umiem się co chwile destabilizować, nie jest mi to potrzebne. Z ogromną uważnością dbam o siebie, choć demony ze środka, aż wyciągają ręce, żeby zrobić coś, co spowoduje, że kolejny miesiąc przesiedzę w łóżku mówiąc sobie, że znowu mam depresje. Odechciało mi się wkładać siebie w jakiekolwiek szuflady "chora, bardziej chora, w gorszym stanie", jeśli tak faktycznie się dzieje, to po prostu to przyjmuje. Staram się przyjmować przeszłość jako historię i chyba to jest największy ból i lęk, bo nie wszystko jest domknięte i jasne i niestety w różnych sytuacjach wychodzi tak silnie, że wtedy łzy nie mają końca,  a ból jest nie do przetrwania. Staram się żyć, funkcjonować, być po prostu... Mam świadomość, że jeszcze wiele się wydarzy i wiele trzeba będzie znieść, ale jest inaczej, terapia działa, a ja działam sama dla siebie. 

Postaram się częściej pisać, dla samej siebie, dla Was, jeśli ktoś utożsamia się z tym co piszę, albo na to czeka. Dobrych dni.



czwartek, 29 grudnia 2016

Dzieje się, zmienia, czas dalej płynie i wszystko trwa. Tak samo jest z bólem, w wielu kwestiach nie znika, daje tylko pieczęć, żeby przyjąć, że tak jest i że akurat "to" się nie zmieni. Ciężko było mi się przyznać przed samą, że nigdy tego ojcowskiego deficytu akurat on już nie wypełni... I powstała pustka, ta świąteczna, zmęczone łzy, zakatarzony nos, bo jakby choroba nie mogła ze mnie wyjść.
Dziś pierwszy raz popłakałam się po całym zgiełku, braku odpoczynku, jest mi nie wiem jak, ale jest... Nie szukam sposobu na szybkie udawanie, że jest dobrze, już nawet tego nie chce, czuję, że wszystko musi wybrzmieć, żebym mogła pójść dalej... Tylko dlaczego nie znalazłeś dla mnie czasu? Nadal jeszcze czekam, choć zostało półtora dnia. Później już jadę się bawić do stolicy, by pić sylwestrowe drinki, słuchać fajnej muzyki i obcować z ludźmi, którzy chcą wejść ze mną w nowy, lepszy rok - tego sobie życzę, lepszego roku, mniej smutku i coraz więcej miłości, by wypełniała te wszystkie smutki i dziury po. Czego i Wam życzę, miłości, spokoju, poczucia, że jest lepiej, a wszystko co piękne czeka na Was już za rogiem. Do nowego roku! 

P.S. Chyba jestem kurewsko smutna...

sobota, 12 listopada 2016

Nastał ten dzień, że musiałam odstawić nowy lek od psychiatry... Tak jak panowałam nad jedzeniem, lub jego brakiem w moim orgniźmie, tak męczyłam się miesiąc z kompulsywnym myśleniem i jedzeniem, czułam się po prostu źle i myślę, że osoba z zaburzeniami jedzenia, czy też nie, czułaby podobny dyskomfort. Nie biorę go dwa dni i jest znacznie lepiej, pełne opanowanie, zjadłam krem z warzyw i sadzone jajko i jest ok, nic więcej nie trzeba. I teraz właśnie to wyjaśnienie, na każdego antydepresanty, stabilizatory nastroju działają inaczej. Na mnie pierwszy raz... Zwiększyłam jedynie dawkę tego drugiego, nigdy w życiu nie sądziłam, że będę musiała brać takie dawki, ale o dziwo nie mam górek, a jedynie dostęp do całej reszty. Przeżywam, czuję i nie obawiam się, że nie znajdę dostępu do całej reszty. 
Z anemią bujam się nadal, w zasadzie wszystko zostało jak było, bo jeszcze nie dotarłam do lekarza, ale obiecałam sobie, że w przyszłym tygodniu wszystko załatwię, zajmę się sobą i zdrowiem. Jedynym plusem, że poziom hormonów tarczycy ma się bardzo dobrze, może kiedyś uda mi się wyjść z niedoczynności. I z tymi myślami trwam, jest jak jest, nigdy nie będzie tak idealnie, a ja mimo poważnych problemów walczę i nigdy w życiu się jeszcze nie poddałam. Nigdy. Dlatego z całą odpowiedzialnością i pewnością mówię Wam Kochani, nie warto odpuszczać, nawet jeśli czarna dziura przesłania serce i duszę. Mamy bardzo dużo do zrobienia... I pomimo wszystko walczymy! 


sobota, 5 listopada 2016

Dziś wizyta w szpitalu/pogotowiu, kroplówka z odwodnienia. Muszę w końcu zrobić badania odnośnie anemii, czuję się wrakiem, obecnie to prawie nikim... Zabrakło mi słów. 

piątek, 28 października 2016

Wchodzę w jakiś kolejny etap świadomości i znajomości z sobą samą. Nigdy w życiu tak źle się nie czułam, nigdy też nie miałam dostępu do tylu emocji, prawd, faktów i wiedzy. Ona mi ratuje życie, terapia ratuję i powiększa moją świadomość. Niesamowicie cieszę się, że uczestniczę w tak ważnym procesie, który buduje moje postrzeganie świata i pokazuje jak mocno oceniałam ludzi, co teraz jest dla mnie niemożliwe i niezgodne z moimi przekonaniami. Słucham, jestem dla innych, choć to też moja duża wada wynikająca z lęku przed odrzuceniem, wręcz panicznym i paranoicznym. I teraz mnie to bawi, że przy ciężkiej depresji człowiek używa innych zmysłów myślowych, jest szczery do bólu, a jak boli to tylko mocno, a zwykle zrobienie herbaty jest wyczynem, nie mówiąc o myciu zębów. Doceniam zupełnie inne życie. 




środa, 12 października 2016

Nie wiem w co wierzyć i na ten czas o tym nie myślę. Leki, które przepisała psychiatra biorę od piątku, nie wiem czy działają, chyba nadal nie, proces jest cholernie powolny, ale za to jeść mi się chce, myślę, że przytyłam z dwa kilo, czuję się z tym wręcz tragicznie, ale nie byłam w stanie powstrzymać się od tego, żeby nie jeść. Jadłam, zjadłam ciasto z kremem, co jest dla mnie totalnym przekleństwem, temat jedzenia jest teraz chyba najgorszym tematem, Jutro terapia, nie mam za bardzo ochoty na rozmowy, choć wiem, że jak usiąde w gabinecie, to cała lawina puści... Jednak cały czas siedzę sama z tym co we mnie i nie mam ochoty przebierać się z dresu i wychodzić do ludzi. Nie wiem jak to możliwe, że kiedyś dwa razy w tygodniu wychodziłam na imprezy i prawie codziennie się z kimś widziałam. Teraz totalna samotność, ale najsmutniejsze, że nie ma z kim podzielić myśli. Zawsze byłam dla innych, zdzierałam się cała, a kiedy ja potrzebuje zwykłej rozmowy, tej realnej oczy w oczy, cisza... Może trzeba było nie dawać nawet połowy z siebie, wtedy by nie bolało. Pieprzę cię życie! 

środa, 5 października 2016



Jutro sądny dzień, o 10.30 psychiatra, o 16.00 terapia i w zasadzie na to wszystko czekam, a im bardziej myślę, że usiądę w obu gabinetach, to chce mi się wyć, tak bardzo tego mi trzeba. Nie mam ochoty ani siły, by trzymać ból... Dziś miałam ochotę zrobić tartę brzoskwiniową, ale dziękuję opaczności, że jej nie zrobiłam, bo bym zjadła całą, a później dodałabym sobie cierpienia.
Słucham starych utworów Zauchy i tak jak kiedyś czułam się przez swoje zaburzenia wyjątkowa, tak teraz czuję, że tylko określiły mnie jako człowieka, wrażliwego lub mniej, ale jednak pokazały kim jestem, czego się boję, ale jeszcze nie dostałam odpowiedzi jak chce żyć i co chce w sobie zatrzymać. Kiedyś nie byłam tolerancyjna, bo prawda była jedna, a teraz prawd jest tysiące, tyle ile jest głów, ludzi, uczuć i ja to wiem, ktoś to wie, ale czuję ogromną samotność, niemożność pobycia z kimś mądrze i zdrowo. Odcięłam się od toksycznych emocji, ludzi, choć uważam, że każdy ma szansę to zmienić i życzę z całą miłością, żeby to się stało, no ale... ale czuję się samotna. Dochodzę do tak różnych i trudnych wniosków z teraz, z przeszłości, które właśnie zbudowały mnie na taki obraz i ta wiedza pomaga, ale też nie chroni w trudnym, a może nawet diametralnie ważnym momencie mojego życia. Deszcz wali o parapet co lubię, ale nagle ta jesienna aura wtargnęła z kolejnymi wspomnieniami, które wciąż są otwarte i czekają na swoją kolej. Wszystko buzuje, zdrowie odpada pod wieloma względami, każdy dzień wygląda podobnie, ja jestem coraz starsza, miałam tyle planów, nagle wszystko jest czarne. Przecież miałam nagrywać płytę... miałam śpiewać, nadal umiem, ale jakby nie umiem w siebie uwierzyć i stanąć za sobą murem. Teraz to nawet zachciało mi się tej tarty...

sobota, 1 października 2016



Milczenie jest czasami jedyną wymowną formą radzenia sobie z problemami. Zapędziłam się w kozi róg, zostałam zupełnie sama, z tęsknotą, z decyzją o zerwaniu przyjaźni, która mi się tak ciężko śni, z poradzeniem sobie z największa utratą miłości i ogromnymi potrzebami z przeszłości. Silna depresja, wycie w dresowy rękaw na terapii, leki na uspokojenie w dużej dawco codziennie... Jest mi przykro, czuję największą samotność w życiu, nie otwieram ust do nikogo, jedynie na sesji i czasami jak mówię do psa... Super? Jak mnie ktoś zapyta, czy życie jest piękne, to po prostu nic nie odpowiadam, za bardzo potrzebuje spokoju, towarzystwa... A czasami po prostu nie widzę sensu. Nie potrzeba mi teraz koleżanek do pierdolenia o kolorze paznokci, mam mgłę w sercu, grad i deszcz w duszy. Wszystko mnie boli i bardzo bym chciała... Chciała, nic więcej nic mniej.
Uciekam w robienie zdjęć, ciszę, a problem z jedzeniem nabrał ogromnych rozmiarów, już nie pamiętam kiedy normalnie coś zjadłam bez wyrzutów sumienia. Nie pamiętam... Wszystko jest chaosem, dlatego postanowiłam coś z siebie wyrzucić, właśnie tutaj... Żeby tego pierdolnika było choć odrobinę mniej. W czwartek mam wizytę u psychiatry, terapię niezmiennie i w zasadzie mam tam ochotę tylko wyć i błagać i uśmierzenie tego bólu.  

niedziela, 7 sierpnia 2016

Zmyj ze mnie największe boleści... Nie wytrzymuje napięcia. Staram się panować nad wszystkim, sobą, nad rozumieniem, ale niech mnie ktoś potrzyma realnie za rękę.... 




piątek, 29 lipca 2016

Tak się odwaliłam, tak chciałam się poczuć dobrze, ale przecież siła zewnętrzna nie równa się tej ze środka. Wszystko stanęło w punkcie, że znowu nie jem, nie umiem. Rodzinie nie powiedziałam o moich zaburzeniach jedzenia, tylko mamie, a ona i tak dziwi się mimo swojego młodego wieku i podejściu do życia, bo przecież jestem taka duża i mam sadełko, jestem większa od niej, mam biust, dupę, ciągle to słyszę, te wszystkie słowa, zdania, że jestem taka duża.... Czasami są momenty, że nie mam siły walczyć, a czas do terapii dłuży się jak popierdolony... W rezultacie czuję się jak świnia, gówno...









niedziela, 24 lipca 2016

Szczecin okazał się być podobny do Gdańska, który kocham, który pozostawił na zawsze w moim sercu wspomnienia, ludzi, ulice na których mieszkałam. Dlatego też uśmiechnęły mnie widoki nowego miasta, jednak wszystko to, co chciałam zostawić, zabrałam ze sobą i w rezultacie wróciłam zmęczona sobą i tym co we mnie. Jestem w słabej formie, nie znajduje sobie miejsca, dziś obudziłam się z ogromnym bólem jaka przyniosła mi noc, muszę od nowa się poukładać, zjeść choćby obiad i nie wmawiać sobie, że jestem nie taka.
Terapia dopiero za tydzień, bo urlop, na szczęście mogę pisać smsy, niezliczoną ilość słów jeśli tego potrzebuje i mam wrażenie, że dzięki tej możliwości nie czuje się tak bardzo sama i czuję jakąś siłę. Choć ja, siła, upały i rana w sercu i ciele, to jakby za dużo i szczerze ciężko być w swojej własnej teraźniejszości.






 

czwartek, 14 lipca 2016

Rozstania bywają trudne. To jest szczególnie bolesne biorąc pod uwagę, że druga strona nie wykazała cienia zainteresowania, żeby jednak zawalczyć. „Nie wiem jak bym się zachowała, gdybyś stanęła przed moimi drzwiami. Na pewno bym Cię wpuściła.” Stało się inaczej, zdałam sobie sprawę, że byłam i nic więcej z tego nie wynikało, dawałam wszystko, całą siebie i wyniszczyłam duszę i serce. Brzmi to tak poetycko i wspaniale, a prawdą jest tylko to, że wyniszczyło mnie to psychicznie i teraz pozostała pustka, bezsens, pytania bez odpowiedzi, żal. Wczoraj terapeutka zapytała się, czy chciałabym się przyjaźnić z taką osobą jak ja i pierwszy raz odpowiedziałam, że tak, że nikogo nie niszczę, a jeśli to zrobiłam kiedyś, to tylko dlatego, że nie rozumiałam siebie, nie umiałam korzystać z wiedzy jaką mam teraz. I wiem, że przyjdzie ten moment, że będę umiała przeprosić, uznać, że wina leżała po mojej stronie. Wiele o tym myślałam i niektóre znajomości urywałam łatwo, bo w jakiś sposób były dla mnie toksyczne, ta obecna była i toksyczna, ale przyciągnęła we mnie najważniejsze pierwiastki, które łączyły i nadal łącza mnie z innymi bliskimi ludźmi. To było tym bardziej trudne, bo jestem uparta i wierzyłam w niemożliwe, chciałam być kochana i traktowana z uważnością, z dbałością o mnie całą. Tak się nie stało, ten etap zakończyłam, pierwszy raz.

We wtorek Szczecin, mam nadzieję, że ten czas spędzę wyjątkowo miło i naładuje się pozytywną energią, wiem, że tak będzie.


czwartek, 30 czerwca 2016

Wróciłam, zobaczyłam, zachwyciłam serce, dosłownie nasyciłam je czymś najcudowniejszym. Anglia jest jednym z piękniejszych miejsc jakie widziałam, ludzie, widoki, akceptacja, nawet momentami akceptacja samej siebie... Wracając największe koszmary wróciły, przywitały mnie intensywnym ściskiem w sercu. 
Tata momentami zachowywał się tak, że zamierałam w środku jak mała dziewczynka, to wciąż żyje, jest namacalne, toksyczne i złe... Bałam się, a dziś na sesji mówiąc o tym momentalnie łzy napłynęły mi do oczu, bo miłość do ojca się niezmieniła, a jednak realnie spojrzałam jak dorosła kobieta, czując wciąż jak dziecko... To bardzo skomplikowane. Postarałam się zaakceptować, że tak jest, tym bardziej czuję w sobie progres, dlatego dzisiejsze spotkanie z terapeutką, to był najcieplejszy plaster na moje serce. Reszta się nie zmieniła, dalszy ciąg bólu związanego z bliską mi osobą, kolejny raz dostałam w mordę wiadomością, kolejny raz to boli... Boli fakt, że tak mocno zostałam zignorowana, moje uczucia, potrzeby, cała ja... Nie radzę sobie...


A tu kilka kadrów dla Was, które popełniłam w ciągu tygodnia.







 

piątek, 17 czerwca 2016

Rozmowy z terapeutką są zdecydowanie inne, świadomość podskoczyła o parę levelów do przodu i jestem z tego dumna, bo to jest jedynie wynik mojej ciężkiej pracy, wysiłku, łez, pieniędzy, zaangażowania i bycia upartym osłem. Mam inne spojrzenie na siebie, ludzi, ich zachowania, wgląd na moje granice, które własnie ostatnio zostały tak mocno przekroczone, że w zasadzie straciłam wiarę w przyjaźń, bo zobaczyłam wyraźnie jak od czterech lat byłam sukcesywnie niszczona. Kochasz kogoś i jednocześnie już nie możesz znieść tego co będzie dalej, tłumaczeń, które wciąż pojawiają się te same, milczenia, które zadziała jak największe odrzucenie, co w rezultacie przyniesie poczucie winy i beznadzieje. Byliście kiedyś w uzależniającej i toksycznej relacji przyjacielskiej? Ja tak i pierwszy raz w życiu poczułam się jak szmata, ściera do podłogi, która wszystko rozumie, zrozumie, która i tak jest, bez znaczenia jakie będą tego konsekwencje dalej. (mój płacz na sesji terapeutycznej był taki, że było mnie słychać na korytarzu) To jest drugi człowiek, który wywołuje we mnie tak silne emocje, nie umiem sobie z tym poradzić, poukładać tego, wmawiam sobie jak mantrę, że jest jak jest, niczego nie przyspieszę, ale nie mam siły na zawieszenie, na bycie ciągle tą gorszą. Nie umiem urwać kontaktu, nic powiedzieć, najchętniej mam ochotę milczeć, uciec, zapomnieć. I teraz pojawiają się łzy, bo wszystko postawiłam na jedną osobę, wiele znajomości, wróciłam z Gdańska do rodzinnego miasta i zostałam sama, była przyjaźń, o którą ciągle walczyłam, a teraz nie wiem, czy jestem w stanie o coś w ogóle walczyć jeśli druga strona ma jeszcze większe zaburzenia ode mnie i nic z tym nie robi, pakując się w jeszcze większe kłopoty. Boję się, że sobie nie poradzę, wszystko żyje w środku tak intensywnie, że nie starcza mi dnia na myślenie o tym wszystkim. Jestem zmęczona, rozżalona, a już w czwartek lecę na sześć dni do Anglii, tym też się stresuje, czasem spędzanym z tatą i bratem, bo to w zasadzie będzie pierwszy raz, kiedy spędzimy tyle dni razem sami. I tu chciałabym mieć przyjaciela... Czuję, że przestałam być ważna, przestałam śpiewać, pisać teksty, tworzyć siebie, wszystko postawiłam na jedną kartę, karta się zesrała, a ja czuję się...

Odezwę się po powrocie, mam nadzieje, że zrobię jakieś zdjęcia i pooddycham angielskim powietrzem.

poniedziałek, 30 maja 2016

Czułam, chciałam, żeby coś się zmieniło, próbowałam. Kolejny raz mężczyzna potraktował mnie ciszą, brakiem odzewu, czy to jakaś moda? Czy kobieta nie zasługuje na zwykłe słowa "sorry, nic z tego nie będzie"? Na mnie to zadziałało jak zimny kubeł wody, że to ja jestem beznadziejna, to ja na nic nie zasługuje, że jedynie co mogę dostać, to kop w dupę, a zapowiadało się bardzo miło, wręcz ćwierkałam na terapii półtora tygodnia temu i wtedy kiedy najbardziej potrzebowałam, żeby iść na sesje, wypadł wolny czwartek, długi weekend i moja jeszcze pełniejsza samotność...
Piłam zimne różane wino samotnie, głaskałam psa i przetrwałam, wyłączyłam ocenianie, a sytuacje potraktowałam jako fakt, natomiast nie to, że zachowanie kogoś jest świadectwem mnie samej. Nie jest łatwo przetłumaczyć sobie, że coś mnie jeszcze w życiu czeka i może to być właśnie szczęście i spełnienie. Jest dużo do pracy, a ja mam na to coraz większą gotowość, bo tkwienie w bagnie tylko dlatego, że niektóre ścieżki w moim życiu są przetarte ciemnym kolorem nie oznacza, że te nowe jaśniejsze się nie pojawiają. Czasami czuje niewielkie przebłyski.


Za dwa dni przyjeżdża moja przyjaciółka i czekam na ten wspólny czas, śmiechy, wygłupy, poranne spacery z psem. Kiedy o tym myślę, czuje się szczęśliwsza. Ale to nie jedyna miła sytuacja jaka mnie czeka i na to jestem zafiksowana najbardziej. 23 czerwca lecę do Anglii na kilka dni do taty... Staram się tym żyć, radością, że spędzę pierwszy raz w życiu parę dni z tatą i bratem sama. Są nerwy, stres, bo bardzo chce, żeby mnie akceptowali, ale ktoś mi mądrze napisał, że nie ma bliższych mi osób, a bycie sobą wygra wszystko. I tego życzę Wam, sobie, każdemu.

niedziela, 15 maja 2016


Wiesz, tak bardzo chce być szczęśliwa, że przestało mi wychodzić to dążenie do szczęścia. W zasadzie widzę dużo cieni i własnych ograniczeń, skierowanie na terapię grupową jako dodatek do udupienia, hydroxyzynę w syropie, która o dziwo w chwilach ogromnego lęku bardzo mi pomaga i wycisza. Miałam dwa dni napadowego jedzenia, dziś boję się myśleć o całej reszcie, bo zwyczajnie akceptacja schowała się głęboko pod łóżkiem, dlatego doceniam każde wyjście na spacer z psem, kiedy przed ósmą rano słyszę najpiękniejsze śpiewy ptaków, otwieram zanurzone we śnie oczy i nagle pojawia się strach, że dojdzie do momentu, że wszystko stracę, nie stanę na scenie, nie zrobię mojego upragnionego projektu, że zawsze będę więźniem jednego człowieka. I wtedy dochodzi do absurdu, który sprowadza mnie do wiecznie uśmiechniętego i pozytywnego człowieka, która życzy wszystkim dobrego tygodnia, wysyła buziaki, setki energii, która zapodziała się między zdaniami i nie wystarcza jej dla mnie. Trudno nawet mówić o zagubieniu, bo wszystko przyjęło stałą postać, postać do akceptacji na teraz, dlatego piszę, nie zamykam się i dzięki temu mimo własnych lęków wyszłam w środę na spotkanie, doszłam w czwartek na terapię i uznałam to za ogromny progres. Co dalej, to już nie wiem, nie wybiegam w przyszłość i z uważnością patrzę na swoje reakcje, emocje, potrzeby, z których spełnieniem mam największy problem. Kurewskie demony w środku, mocno zakorzenione schematy, które jak papier ścierny wyrysowują ciemność. I widzisz Walczę, ale jestem kurewsko zmęczona i marzę już o wyjeździe na mazury, piciu piwa na łące i nocnych spacerach po mieście, albo po prostu o byciu przy kimś i z kimś, przyjacielu...

poniedziałek, 2 maja 2016

Świat stanął na głowie. Chęć wyrzucenia z siebie wszystkiego spowodowała, że zasłabłam, dodając do tego różne nie do końca przyjemne objawy. Wszystko albo nic, wysiłek, albo zupełne sflaczenie. Przesadziłam ze zrzucaniem z siebie własnego ciężaru, zawsze miałam kondycję, tylko że te 3o kilometrów w obecnym stanie, to było zdecydowanie za dużo. Zmaganie się z zaburzeniami jedzenia, bpd, nadmiernymi ćwiczeniami mogło doprowadzić do jednego, do wielkiego znaku stop i to była kwestia czasu, kolejne przetyranie się po ziemi, żeby nie było na nic siły. Doszłam do siebie, zaczęłam coś jeść, choć nie ukrywam, że to jest mój strach, mój ogromny problem, kiedy zaczynam mówić na sesji terapeutycznej, że jestem głodna, łzy zalewają mi twarz i ubranie, ze smutku i chęci życia, która wyciąga dłonie między starymi cierniami i zakorzenionymi schematami. Nie jest łatwo, ale staram się, choć może nazywanie tego w obecnym czasie nie ma sensu, może po prostu jest jak jest. Nie cofam się daleko, wydaje mi się, że im bardziej czuję, tym bardziej integruje się z tym co nazywa się”trudne”, dlatego właśnie nasilające się stany lękowe wychodzą na wierzch, by łatwiej móc sobie z nimi poradzić. Sama nie wiem, dużo kłębi się w mojej głowie, chciałabym być przytulana, a z drugiej strony taka bliskość wydaje mi się mało bezpieczna, jeszcze.

Dziś tylko 8,6 kilometra, programowa jazda, wysiłek nawet znośny.

Dobrego dnia.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Ostatnie dwa tygodnie były tragiczne, dopadły mnie tzw „dorosłe problemy”, otarło się o sąd i szczerze straciłam przy tym tyle energii i zdrowia, że nie wiem, czy ten rok w jakikolwiek sposób będzie przełomowy, mam wrażenie, że pod kątem mojego przetrwania na pewno. Ciężko zebrać mi siły na ustabilizowanie się, stanęłam w punkcie „coraz bliżej 30stki”, stawiane mi wymagania przerastają mnie w całości, jest tak nijako, że staram się nie planować nic na dwa dni do przodu. Odnoszę wrażenie i czuje to coraz mocniej, że dopiero teraz uczę się podstaw, które powinnam nabyć w domu rodzinnym, a to wszystko jakoś zostało przeoczone, a ja za szybko dojrzałam emocjonalnie i zrobił się z tego jeden wielki bałagan, w którym zostałam sama. Nie pozostaje nic innego niż przetrwanie i codzienne jazdy na rowerku, mam nadzieje, że dziś pobije rekord z wczoraj i na liczniku zobaczę 25 km. Dobrego tygodnia. 

wtorek, 5 kwietnia 2016


Nie wiem co będzie dalej. Mam ochotę włożyć głowę w wielką studnię z lodowatą wodą, a później biegać mokra po łące. Urodziły się we mnie nowe niepokoje, dlatego na chwilę obecną zaniechałam snucie wielkich myśli i planów o dalszej przyszłości, bo to jedynie wprawia w coraz większą frustrację. Podałam sobie konkretne argumenty, zaakceptowałam je, dodałam wszystko to, co mówi moja terapeutka, jak intensywnie nad sobą pracuję i z jaką krytyką do siebie podchodzę dlatego, czego ja mogę teraz oczekiwać? Ewentualnie białego wina z lodem i cytryną. Nie jestem w stanie wyjść do przodu choć o tydzień, dlatego ciężko mi zaplanować choćby wyjazd i tak bardzo wstyd, kiedy odpowiadam ludziom, że nie wiem, bo nie wiem jak się będę czuć, czy sobie poradzę, czy dojadę. Nie jestem upośledzona, ale bardzo mocno nie chce być dla nikogo rozczarowaniem, a człowiekiem, który da od siebie jeszcze więcej. Dlatego dajcie mi trochę tego wina, może jakoś przetrwam, bo stanie w miejscu mnie nie interesuje, wbrew pozorom u mnie intensywnie musi być choćby w głowie, dlatego tak walczę o swoje wymarzone życie i więcej zdrowia. 





środa, 30 marca 2016

Czas po prostu płynie. Zrozumiałam jak bardzo ważne jest dla mnie moje zdrowie i jak mocno utwierdzone są w człowieku stare znane schematy. Nie zliczę ile razy wolałam zostać w tym, co wydawało mi się bezpieczniejsze, a w rezultacie oddalało mnie od poznania nowego, lepszego radzenia sobie w kryzysie. Nie zapomnę ile razy uderzałam w kieliszek z martini mówiąc sobie, że to już ostatni, a okazywało się, że nigdy tym ostatnim nie był, a pierwszy nigdy nie okazywał się tym pierwszym. Zasłaniamy się pod różnymi postaciami, płynnymi, fizycznymi, wymyślonymi, byle tylko przetrwać. I ja przetrwałam... z poważnym zaburzeniem i depresją, która puszcza na chwile i wraca z jeszcze większym bagażem przeszłości, bólu i destrukcji. I tu powstaje światło w postaci ludzi, tego się oczekuje, tego się pragnie, tej zwykłej bliskości, kubka ciepłej zupy, albo zwykłego „jestem”. Od długiego czasu edukuje bliskich, staram się tłumaczyć, podsyłam artykuły dotyczące mojego „chorowania”, pokazuje jak ważna jest sama obecność drugiego człowieka, a nie szeroko pojętne doradztwo, które niejednokrotnie uderza butem po mordzie, a wtedy czujesz już tylko brak akceptacji na to, że tak właśnie się czujesz i że wszystko co robisz jest do dupy, bo każda chęć podniesienia ciężkiej (dla Ciebie) cegły nie jest nawet zauważona. Wiele ludzi to widzi, ale wiele też nie próbuje zobaczyć świata innego człowieka bez oceniania go, a to jest najtrudniejsza nauka życia, akceptacja. I dlatego dla akceptacji tego w jakim momencie życia się znalazłam, postanowiłam tu wrócić i poprowadzić to miejsce takim słowem, na jakie mnie obecnie stać, nie chowając się, tylko pisząc o własnych doświadczeniach, czasami dziwnych obserwacjach na sesjach terapeutycznych. Może to jest najlepszy sposób na zmianę.